Wieczory

Czwartkowy turniej: finałowa czwórka i cisza pod belkami

W ostatni czwartek na listę zapisało się dwadzieścia osób, a finał odbył się w ciszy, jakiej nie słyszeliśmy od miesięcy. Piszemy, jak to wyglądało od środka.

Relacja z sali

Jak minął wieczór, w którym nikt nie spojrzał na zegar?

Zapisy zaczęły się o siedemnastej. Zofia Sokołowska wpisywała imiona na listę, wręczała tabliczki z numerami stołów i prosiła o dokumenty, które oddawała od razu. Do osiemnastej wszystkie miejsca były obsadzone, a krupier Hubert Zając tasował pierwszą talię z minimalnym szelestem.

Pierwsze poziomy przebiegły spokojnie. Przy jednym stole siedzieli rybacy po sześćdziesiątce, którzy znają się od dzieciństwa i co kilka minut wymieniali uwagi o pogodzie. Przy drugim siedziała studentka, która przyjechała na wczasy i grała po raz pierwszy, ale zapisywała w notesie każdy ruch przeciwników.

Przerwa na kolację wypadła po trzecim poziomie. Przemysław Kowalik wydawał zupę rybną i plince tak szybko, że kolejka do jadalni znikała w kwadrans. Goście wrócili na piętro z pełnymi brzuchami i nowym zapałem.

Gdy zostało czworo graczy, stoły połączyły się w jeden. Szesnastu pozostałych gości stanęło wokół i zapadła cisza, w której słychać było tylko stukanie żetonów. Finał trwał dwadzieścia minut.

Wieczór zakończył się tuż po dwudziestej drugiej. Goście rozchodzili się powoli, zawijali szale i dziękowali krupierowi skinieniem głowy. Zofia Sokołowska stała przy drzwiach i żegnała każdego po imieniu. Ostatnia osoba wyszła o wpół do jedenastej, a Hubert zamknął pudełko z żetonami.

Dłoń rozdająca karty przy zielonym stole do gry