Dokąd Przemysław chodzi o piątej rano?
O piątej w porcie jest jeszcze ciemno, ale na nabrzeżu już ruch. Kutry przybijają jeden po drugim, a rybacy wyładowują skrzynie z lodem. Przemysław Kowalik zna wszystkich po imieniu i wita się krótkim skinieniem.
Dorsz leży w skrzyniach ułożony rzędem, oczy ma jeszcze jasne. Szef podnosi jedną sztukę, ogląda skrzela, naciska brzuch i kiwa głową. Obok flądra, srebrna i płaska, oraz kilka łososi, które ktoś złowił poza sezonem.
Rybacy chętnie rozmawiają o pogodzie. Opowiadają, jak sztorm zerwał im sieć, jak mewy czekają przy burcie i jak nowa łódź hałasuje bardziej od starej. Przemysław słucha i zapisuje w głowie, co może trafić do karty.
Zakupy trwają krócej niż godzinę. Potem wraca do kuchni, rozkłada ryby na stole i zaczyna je czyścić. Dwie godziny później pierwsza zupa jest już na ogniu. Taki rytm ma każdy dzień, od wtorku do niedzieli.
Szef kuchni nigdy nie kupuje ryb w pośpiechu. Przechodzi wzdłuż nabrzeża dwa razy: pierwszy raz, żeby zobaczyć, co jest, drugi raz, żeby zdecydować. Rybacy znają ten rytuał i nie obrażają się, gdy odmawia, bo wiedzą, że wróci następnego dnia.
